KRESOWE WSPOMNIENIA - CZ.1 Najważniejsze to nie zapomnieć… - przypomnienie artykułu
Jako, że zależy mi na ciągłym przypominaniu o Ofiarach Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej, chcę tym razem, w dużym skrócie, przedstawić losy rodziny pana Tadeusza Jóźków – osoby mocno związanej ze Żmigrodem, która przeżyła tamte tragiczne dni.
Pan Tadeusz urodził się w Deryłozach – gmina Horodnica, powiat Kopyczyńce, województwo tarnopolskie. Swoje rodzinne strony na zawsze opuścił w 1944 r. Dopiero w 1978 r., wraz ze swoją żoną Aliną, odwiedził Deryłozy, po których pozostała jedynie studnia Stroblów. Wtedy też pił z niej wodę, gdyż, jak wspomina, „do naszej studni banderowcy wrzucali pomordowanych ludzi jeszcze przed naszym wyjazdem na zachód”, ale o tym później.
Miejscem urodzenia i wychowania jego rodziców: Zofii z d. Citków i Franciszka Jóźków, był Chorostków. Dopiero po powrocie Franciszka z Kanady, cała rodzina przeprowadziła się do odległych o ok. 8 km Deryłoz (kwiecień 1931).
W latach 1931-1944 Deryłozy zamieszkiwało 6 rodzin, w tym trzy polskie, jedna ukraińska, a pozostałe to rodziny mieszane.
Nikt z Polaków zamieszkałych na Podolu, nawet przez chwilę nie domyślał się, że niebawem przyjdzie im opuścić te tereny na zawsze, czego przykładem była rozpoczęta budowa domu mieszkalnego przez rodzinę Zofii i Michała Stroblów w 1942 r.

Ojciec pana Tadeusza – Franciszek - swoim patriotyzmem (był m.in. prezesem Polskiego Związku Strzeleckiego w Celejowie) naraził się nie tylko Ukraińcom, ale i bolszewikom. Po 17 września 1939 r., wraz z innymi Polakami był szczególnie prześladowany.
Cała rodzina miała zostać wywieziona na Sybir 10 lutego 1940 r., jako szczególnie niebezpieczny „element” dla „nowej władzy”, ale obfite śniegi uratowały od wywózki. Podwody jadące po nich z Chorostkowa nie dojechały, bo utknęły w zaspach śnieżnych. Drugi raz już nie przyjechali, i po za drobnymi incydentami do 1943 r. był względny spokój.
Przyszedł ów rok 1943. Tadeusz Jóźków wspomina: „Deryłozy. Pamiętam jak przez mgłę. Wówczas mieszkał u nas obcy młody mężczyzna. Jak się później dowiedziałem, nazywał się Karol Mikulski - był to Polak, uciekinier z transportu do Niemiec na roboty.
Ukrywał się u moich Rodziców już być może od 1942 aż do maja 1944 r., do chwili powołania do Wojska Polskiego. Z obawy o nasze życie (obawiano się banderowców), Rodzice na przełomie 1943 i 1944 pozostawili swój dobytek pod opieką Karola Mikulskiego i uciekli do Chorostkowa. Rodzice zabrali jedynie ze sobą konie zaprzęgnięte do sań i najbardziej niezbędne przedmioty osobiste.
W Chorostkowie zamieszkaliśmy na Ojca ojcowiźnie, czyli u stryjostwa Anastazji i Stanisława Jóźków. Przebywaliśmy tam do wyjazdu Niemców z Chorostkowa, a było to w marcu 1944 r.”
Wróćmy do Deryłoz. Już w kilka dni po powrocie z Chorostkowa gospodarstwo spalili banderowcy. Było to w nocy z niedzieli na poniedziałek. Wówczas to we wsi spłonęły trzy polskie zabudowania: Franciszka Jóźków, Michała Strobel oraz Stanisława i Władysława Podhorodeckich. Tadeusz Jóźków: „Około godziny 22:00 psy zaczęły głośno ujadać. Kobiety będące w domu stryjostwa podeszły do okna. Patrzą i widzą płonące polskie zabudowania. Chwila grozy. Co dzieje się u Stroblów i czy dojdą do nas? Nie doszli, dzięki Bogu żyjemy, ale tragedia rozegrała się jednak w domu Stroblów. Dom spłonął doszczętnie.
Domownicy skryli się w tzw. piwnicy-schronie, do którego było wejście od wewnątrz budynku. Zofia i Michał wraz z dwuletnią córeczką Danusią cudem przeżyli. Pozostali mężczyźni, w tym mój Ojciec i Karol Strobel - ojciec Michała, doczołgali się do stryjostwa (a było to około 800 m od zabudowań Stroblów).
Po drodze mijali dopalające się zabudowania nasze i Podhorodeckich. Następnie zaczęli stukać do drzwi wejściowych, ale kobiety przerażone tym co widziały przez okno, z obawy, że to banderowcy, nie otworzyły. W konsekwencji obaj w samej bieliźnie przesiedzieli tę mroźną noc w krzakach aż do samego świtu. Dopiero wtedy ponowili stukanie do drzwi wołając o otwarcie. Wreszcie wpuszczono ich i cudem odratowano.”
Nieco później, gdy wszystko w miarę uspokoiło się, a banderowcy odjechali zabierając ze sobą świnię i jałówkę z gospodarstwa Jóźkowów, ojciec pana Tadeusza zaprzągł konie do sań, a następnie cała rodzina wróciła do Chorostkowa, gdzie mieszkali do 15 maja 1944 r. Wówczas to Franciszek Jóźków powołany został do Wojska Polskiego.
Latem, pomiędzy majem a wrześniem 1944 r., pod nieobecność mężczyzn, życie trzech kobiet w Deryłozach biegło dość zgodnie. Wszyscy pomagali sobie wzajemnie, zwłaszcza przy pracach polowych, a na nocleg schodzili się do nowego domu stryjostwa i zgodnie nocowali razem na strychu. Po wejściu na strych zamykano klapę nad wejściem, a na nią przesuwano skrzynię z piaskiem. To miało zabezpieczyć przed „nieproszonymi gośćmi”.
Nadszedł jednak 4 września 1944 r. „A wraz z nim - zamiast radości z udanych zbiorów - tragedia i rozpacz. Jedyna radość to taka, że uszliśmy z życiem po raz drugi spod siekiery banderowskich rezunów, bo tak siebie banderowcy nazywali dla dodania postrachu i ważności. Wojna z kobietami i dziećmi!”, mówi Tadeusz Jóźków.
Dalej wspomina: „W dwie godziny po obiedzie przyjechały z Celejowa dwie furmanki, a na nich sześciu mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy ubrani w radzieckie mundury mimo, iż to byli banderowcy. Stanisław Podhorodecki i radziecki dezerter ukrywający się w Deryłozach, a pomagający przy młócce, zobaczywszy ich, zbiegli do pobliskiego lasu.” W chwili przybycia banderowców na podwórzu było 15 osób, a w tym Zofia Jóźków z dziećmi - Tadeuszem (7 lat) i Jankiem (3 lata). Jedynie starsza siostra - Czesława była w tym czasie w Uwiśle w ochronce prowadzonej przez Siostry Zakonne, przygotowując się do przyjęcia Pierwszej Komunii świętej.
Tadeusz Jóźków: „Moja Mama, trzymała swoje najmłodsze dziecko, a mego młodszego brata 3-letniego Janka na rękach, a ja stałem obok Mamy. W tym czasie banderowiec podszedł do Mamy i zapytał po ukraińsku: „A wy skąd?”. Mama w przekonaniu, że to radziecki żołnierz, odpowiedziała również po ukraińsku, przy tym wskazując ręką w stronę naszego pogorzeliska: „Ja z tego domu, co banderowcy spalili’. Banderowiec na moich oczach uderzył Mamę kolbą „pepeszy” w twarz. Mama wraz z bratem upadła. Banderowiec, chyba w przekonaniu, że Mama nie żyje, poszedł w kierunku drogi. Ja stałem obok Mamy i mnie chyba nie zauważył lub zlekceważył.
Przy studni był już ustawiony karabin maszynowy, a przy nim leżał już banderowiec czekający na rozkaz i był gotowy do strzału. (…) Gdy Michał Sokołowski i Michał Strobel zeszli ze strychu i podeszli do młocarni, to po chwili banderowcy prowadzili już trzy osoby w kierunku drogi. Zrobiło się na podwórzu zamieszanie.
Z tego skorzystało czterech mężczyzn, którzy zdołali zbiec. Pozostał tylko Michał Sokołowski, którego niestety banderowcy w tym dniu zabili. Natomiast kobiety, gdy przekonały się, że to rzeczywiście banderowcy, a nie radzieccy żołnierze, wraz z dziećmi uciekły na wspomniany wcześniej strych domu stryjostwa.
Po chwili zaczęło się piekło, banderowcy podpalili stogi ze słomą i nie wymłóconym zbożem. Po pewnym czasie blacha nad nami zaczęła się robić czerwona od ognia. Zaczęliśmy się dusić. To było straszne. Aż trudno w to uwierzyć, że żyjemy. Coraz bardziej groziła nam śmierć od ognia. Kobiety doszły do wniosku, że lepiej zginąć od kuli, aniżeli spłonąć żywcem.
Zeszliśmy więc ze strychu. Banderowców już nie było. Przy studni dopalał się drabiniasty wóz. Natomiast na gnoju dopalało się ciało Michała Sokołowskiego. (…) Mama bez namysłu, ale ze strachu wzięła krowę za sznurek, brata na ręce, a ja z tyłu popędzałem krowę. I tak, po raz kolejny udaliśmy się do Chorostkowa. Przed Uwisłą złapał nas silny deszcz z gradem oraz burza.
Po drodze, na prośbę Mamy zabrał nas do Uwisły gospodarz, powracający do domu z pola. Było bardzo ciemno. Mama nie rozpoznała, kto to był, a szkoda. Ale on chyba wiedział lub domyślał się kim jesteśmy. O nic nie pytał tylko dowiózł nas pod wskazany przez Mamę dom. Nocowaliśmy jednak w innym domu, u ukraińskiej rodziny. Gospodarze o nic nie pytając, udzielili nam schronienia. Po spokojnie przespanej nocy, na drugi dzień doszliśmy do Chorostkowa, skąd pod koniec października 1945 r. wyjechaliśmy na zachód.
Ojciec został zdemobilizowany we wrześniu 1945 r. i po odnalezieniu nas pod koniec listopada zabrał nas z Iłowy (dokąd dojechaliśmy pociągiem) do Dłużewa – późniejszej Czernica koło Jeleniej Góry. Tam mieszkaliśmy do stycznia 1950 r., gdy przeprowadziliśmy się do Żmigrodu i zamieszkaliśmy przy ul. Wrocławskiej. W Żmigrodzie wraz z Rodzicami mieszkałem do kwietnia 1966 r., a Rodzice i Siostra pozostali tu już na zawsze..."
Banderowcy mordowali Polaków na oczach całego świata. Niestety, do dziś Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia, nie zostały uznane za organizacje ludobójcze, pomimo twardych dowodów zbrodni ludobójstwa. Wręcz przeciwnie, dziś na Ukrainie banderowcom przyznaje się nawet prawa kombatanckie.
Pamiętajmy, że nie wszyscy Ukraińcy byli źli. Tadeusz Jóźków: "Pragnę i tym nieznajomym z Uwisły, a może przede wszystkim właśnie tym anonimowym dobroczyńcom podziękować za pomoc, a może i za uratowanie nam życia. Ci rolnicy byli dla nas, w dniu 4.09.1944 r. niczym samarytanie biblijni. To wydarzenie potwierdza, że nie wszyscy Ukraińcy byli banderowcami, choć zdecydowana większość Ukraińców była za wysiedleniem „Lachów za San”. Nie wszyscy Ukraińcy mówili: „Niech ginie Polska”, ale wszyscy mówili: „Polska za Sanem”.
Właśnie ów anonimowy gospodarz z Uwisły dobrze wiedział, że ta kobieta nie uciekła z domu z dwojgiem dzieci i krową. Musiał zrozumieć co spowodowało jej ucieczkę przed nocą i wśród takiego ulewnego deszczu."
I ja przychylam się do tego zdania. Zachęcam jednocześnie do zgłębiania sprawy zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Polskim Narodzie. Pamiętajmy o tym nawet teraz, a może i zwłaszcza teraz, w obecnej sytuacji politycznej. Zwróćmy uwagę właśnie na to, że nacjonalizm na Ukrainie coraz bardziej rośnie w siłę.
Paweł Becela
„Ten kto nie zna prawdy, jest tylko głupcem.
Zaś ten, który ją zna i jej zaprzecza jest zbrodniarzem”
Bertold Brecht
Na podstawie:
Wspomnienia Franciszka Jóźków i Tadeusza Jóźków

Artykuł przeczytano 2473 razy