NASI PRZYJACIELE CZESI Z WOŁYNIA
Feliks Budzisz
Bardzo wielu Polaków z Wołynia wspomina Czechów z wdzięcznością za życzliwą pomoc i opiekę w tragicznym czasie banderowskiego terroru w latach 1943-44. Do nich należę również ja, moja rodzina i znajomi.
W moich Radowiczach, gmina Turzysk, powiat Kowel, w połowie zamieszkałych przez Polaków, była na skraju wsi kolonia czeska. Miała zwartą zabudowę, otoczoną sadami i rozległymi polami.
Stamtąd było już blisko do Kupiczowa – 4 km. Zapamiętałem jedno nazwisko z tej kolonii – Kuczery. Ale ze wspomnień Vaclava Brazdy („Z Kupicova do stare vlasti”) dowiedziałem się, że mieszkali tam również Maskovie, Słobodovie, Lesenkovie i Mazurkowie.
Radowiczanie odnosili się do nich z respektem, cenili ich za pracowitość, gospodarność i dobrosąsiedzkie stosunki z mieszkańcami wsi.
Bardzo wielu Polaków z Wołynia wspomina Czechów z wdzięcznością za życzliwą pomoc i opiekę w tragicznym czasie banderowskiego terroru w latach 1943-44. Do nich należę również ja, moja rodzina i znajomi.
W moich Radowiczach, gmina Turzysk, powiat Kowel, w połowie zamieszkałych przez Polaków, była na skraju wsi kolonia czeska. Miała zwartą zabudowę, otoczoną sadami i rozległymi polami.
Stamtąd było już blisko do Kupiczowa – 4 km. Zapamiętałem jedno nazwisko z tej kolonii – Kuczery. Ale ze wspomnień Vaclava Brazdy („Z Kupicova do stare vlasti”) dowiedziałem się, że mieszkali tam również Maskovie, Słobodovie, Lesenkovie i Mazurkowie.
Radowiczanie odnosili się do nich z respektem, cenili ich za pracowitość, gospodarność i dobrosąsiedzkie stosunki z mieszkańcami wsi.
Kupiczów zobaczyłem pierwszy raz w czerwcu 1943. Szalał wówczas banderowski terror, zwłaszcza na wschodnim Wołyniu. Ginęła masowo ludność polska, płonęły jej domostwa. Ale i w Radowiczach miały miejsce mordy pojedynczych osób, a nawet całej rodziny. Wokół czyhała śmierć. Rezygnując
z nabożeństw w Turzysku, wybrałem się z wujkiem Henrykiem Sobczykiem, późniejszym partyzantem „Liskiem” 27 WDP AK do Kościoła w Kupiczowie, gdzie proboszczem był ks. Bonawentura Burzmiński. Po nabożeństwie szczęśliwie wróciliśmy do domu. Kupiczów wydał mi się bardzo ładnym, zadbanym, czystym miasteczkiem, otoczonym łanami dojrzewających zbóż.
Wkrótce rzezie zagroziły ludności polskiej Radowicz. Po tragicznych przeżyciach udało nam się w porę uciec z Mamą i siostrą do Zasmyk, gdzie samoobronę utworzyła młodzież z naszej wsi, wkrótce wstąpił do niej i mój Ojciec „Okoń”. 8 września Niemcy wyparli banderowców z Radowicz, Tuliczowa, Kupiczowa i utworzyli polowy garnizon, Zbierali tam z urodzajnych pól plony dla armii. Pozwalali rolnikom zbierać część plonów dla siebie, z czego i my skorzystaliśmy.
Pewnie 7 listopada Niemcy wycofali się z zajętych wsi. Do Kupiczowa wtargnęli banderowcy. W obawie o swoje losy Czesi wysłali z Kupiczowa delegację do komendanta samoobrony por. Władysława Czermińskiego „Jastrzębia” z prośbą, by wspólnie z czeską samoobroną wyparł z miasteczka banderowców. Z delegatami przyjechała do Zasmyk Marzenka Houżwicówna, wesoła, ładnie mówiła po polsku, bardzo nam się podobała. 12 listopada „Jastrząb” odbił Kupiczów, ale następnego dnia upowcy z brawurą zaatakowali miasteczko, bój trwał do nocy, obfitował w bardzo dramatyczne momenty. „Lisek” opowiadał, że o zmroku na przedmieściu Kupiczowa, po drugiej stronie chaty miał już banderowców. Tylko desperacki rzut granatem uratował mu życie.
Masowy atak na Kupiczów przypuścili banderowcy 22 listopada, używając „czołgu” (opancerzonego traktora) i dwóch działek. Sytuacja była dramatyczna. Pomogły obrońcom umocnienia wokół Kupiczowa pozostałe po niemieckim garnizonie. Bunkru koło kościoła bronił mój Ojciec z dwoma Czechami. Pocisk z pobliskiego „czołgu” zarył się przed bunkrem, ale nie wybuchł. Reszta pocisków poleciała dalej, wzniecając pożary, kilka podziurawiło strop kościoła. Sytuacja była dramatyczna,ale o zmroku z odsieczą przybył z Suszybaby „Jastrząb” i „Kania”. Banderowski pierścień pękł w dwóch miejscach. Kupiczów był uratowany. Czesi wołami przyciągnęli „czołg” do centrum, oglądaliśmy go z dreszczem lęku.
W Zasmykach z trwogą wsłuchiwaliśmy się w dalekie wybuchy w odległym o 12 km Kupiczowie, wytłumiane przez masyw Lityńskiego lasu. Niebezpieczeństwo ze strony OUN-UPA groziło nam stale. W pierwszy dzień Bożego Narodzenia, wczesnym rankiem, banderowcy podstępnie wtargnęli do zasmyckiej bazy samoobrony, mordując ponad 50 osób i paląc w Janówce kilkadziesiąt zabudowań. Ze skuteczną, brawurową odsieczą przybyła z Kupiczowa kompania „Kani,” gdzie polscy partyzanci, w gościnie u Czechów, spędzali z nimi Wigilię. Zasmyki ocalały, ale nie na długo.19 stycznia 1944 Niemcy puścili z dymem połowę wsi. Polacy z Zasmyk masowo, w panice uciekali do Kupiczowa, gdzie zostali życzliwie przyjęci pod dach i nakarmieni. Wielu, nie mając dokąd wracać, pozostało tam na dłużej. Niebawem również ja z siostrą przy dziadkach (Mama zmarła, Ojciec w partyzantce) zamieszkaliśmy w poukraińskiej ruderze na końcu przedmieścia przy drodze do Nyr. Przeżyliśmy tam, podobnie jak wszyscy mieszkańcy Kupiczowa, wiele groźnych, dramatycznych sytuacji: bombardowania, ostrzał artyleryjski, pobliskie walki frontowe i silne natarcie niemieckie w celu odblokowania Kowla, zamkniętego w kotle przez Armię Czerwoną.
W końcu kwietnia, na polecenie radzieckiego dowództwa, razem z Czechami, opuściliśmy Kupiczów, jadąc frontowymi, wyboistymi drogami za Stochód i dalej za Styr. Z kilkoma rodzinami dotarliśmy do lasów kiwerskich, gdzie stacjonował polski korpus gen. Zygmunta Berlinga. Tutaj poczuliśmy się w miarę bezpiecznie. Stamtąd 20 lipca wróciliśmy do Zasmyk, następnie do Radowicz i w końcu 12 sierpnia, na dziko, uciekliśmy za Bug. Tak właściwie skończyła się nasza wojenna epopeja, związana z życzliwymi nam Czechami, którzy głęboko zapadli mi we wdzięczną pamięć.
Nie sposób pominąć, że kilku Czechów z Kupiczowa walczyło w szeregach 27.WDAK:Jaroslav Houżvic,Vaclav Houżvic, Jarosław Zapotocky, Vaclav Zapotocky
i Bohuslav Zapotocky („Obrazky z Kupicova”);Jaroslav Zapotocky iVaclav Houżvic „Siwy” polegli w walce z Niemcami, „Siwy” na Lubelszczyźnie koło Nadrybia, spoczywa na cmentarzu w Puchaczowie. Staraniem mojego wujka, Jana Sobczyka,żołnierza 27.WDAK, na Grobie „Siwego” położono piękną płytę nagrobną.
Po pół wieku odżyły tragiczne wołyńskie wspomnienia, w tym i przeżycia w Kupiczowie. Nawiązałem kontakty listowne z Marzenką Houżwicową-Żarską, sądząc, że to jest ta Marzenka z Zasmyk, następnie z jej siostrą Halinką Woźnicką, która przyznała, że to dzięki mnie wróciła do kupiczowskiej macierzy. Nawiązałem również kontakt z nieodżałowanym Vaclavem Kytlem, Jaroslavem Mecem. Kytl przysłał mi urokliwe „Obrazky z Kupicova,”które czytałem i oglądałem z rozrzewnieniem. Podobnych wrażeń dostarczyła mi książka od Halinki „Z Kupicova do stare vlasti”, również wspomnienia Jana Jelinka „Pustej chleb swój po vode,” od pani prof. Miloslavy Żakowej, której jestem wdzięczny za „Kupicovsky hlasatay”.Cenię sobie bardzo listowny kontakt ze wspaniałym Józefem Tomanem Tomankiem,poetą
i kompozytorem, który przesłał mi z Nowego Jorku swoją interesującą ksiązkę „Hlas ceskeho vyhnanse” i zbiorek urokliwych wierszy „Niepowrotny czas” w języku polskim. Ale z Czechami kojarzą mi się i inne przeżycia. Niezrównani Karel Gott i Iiri Korn zachwycają nas pięknym głosem, Helena Vondrackova uświetniła festiwal w Sopocie, jej „Malowany dzban” śpiewała cała Polska,a Jozin z Bazin rozśmieszał nas do łez. Niech więc będzie z pieśnią świat, a nigdy już tamten z okrutnych lat.
Artykuł przeczytano 3342 razy