JAN SŁÓJKOWSKI- POLICJANT II RP NA KRESACH
Tekst i zdjęcia Anna Małgorzata Budzińska
anna_malga@poczta.onet.pl
”Kto nie zna historii i tradycji swoich przodków nie jest godzien nosić swojego munduru”
/ Józef Piłsudski /
Wędrując po Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu łatwo znaleźć kwaterę, na której postawiono pierwszy w Polsce pomnik poświęcony poległym funkcjonariuszom przedwojennej policji państwowej, milicji obywatelskiej i policji od 1990 r. Jeśli przyjrzymy mu się z bliska odkryjemy świeże wpisy wyryte na kamieniu obok smutno zapowiadających się niezapisanych jeszcze pól.

Dalej tablice z różnych okresów historii, aż do najstarszej w tym monumencie: PAMIĘCI POLEGŁYCH POLICJANTÓW POLICJI PAŃSTWOWEJ, KTÓRYCH PROCHY SPOCZĘŁY W MIEJSCU ZŁOZENIA.
Jakie tajemnice skrywa ten niepozorny napis? Co oznacza ”miejsce złożenia”?
Odpowiedź może być krótka, choć nie dla wszystkich oczywista. Jednym z takich miejsc są Kresy Wschodnie. Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi już nie kojarzy Wrocławia, leżącego przecież na zachodzie Polski, z Kresami. Jednak tam znajdują się korzenie większości z Wrocławian.
Może tak być, że człowiek stojący przed pomnikiem za parę lat niewiele będzie wiedział o Kresach, o związkach Wrocławian z dawnymi ziemiami wschodnimi, a tym bardziej nic nie będzie potrafił powiedzieć o policji tamtych lat, w tamtym regionie. Ja jeszcze słyszałam to od rodziców, od dziadków, ale oni już nie żyją. Teraz to do nas należy przejąć pałeczkę historii, to my musimy przekazywać ją dalej.
Opowiem tu historię młodego człowieka, pełnego ambicji, nadziei, chęci budowania wspaniałej przyszłości. Opowiem też o losach jego rodziny. Być może po przeczytaniu tego tekstu nikt nie będzie dziwił się takim napisom pamiątkowym we Wrocławiu.
Przypomnijmy sobie historię. Okres między pierwszą a drugą wojną światową to II RP, odrodzone państwo polskie, powstałe na nowo po latach zaborów, państwo, które na nowo musi się zorganizować. Polacy cieszą się wolnością, tworzą od podstaw zręby nowej państwowości- nie bez trudności.
Jan Słójkowski, młody człowiek z centralnej Polski wybiera zawód, a właściwie służbę- zostaje policjantem. Wielu młodych ludzi czuło takie powołanie, chcieli służyć Polsce, chcieli bronić porządku i prawa. Jan był dumny ze swego wyboru, swą pracę chciał traktować jak misję, myślał o ideałach, a przy okazji czuł się tak wytwornie i dumnie w mundurze, na koniu.
Zaczął pracę od posterunku w Toruniu. Posada była dobrze płatna, miał mieszkanie i mógł zacząć myśleć o założeniu rodziny. Kraj się rozwijał i wszyscy patrzyli odważnie i z ufnością w przyszłość.
Niestety służba nie drużba! - Jan dostał przeniesienie służbowe na Kresy. Nie była to szczęśliwa nowina, czuł się jakby go wysłali na zesłanie. Dla Jana urodzonego w środku Polski wschodnie ziemie były obce i nieprzyjazne. Musiał zrezygnować z życia, które tak dobrze zaczęło się układać.
Nie on jeden był w takiej sytuacji. Kresy potrzebowały napływu sił porządkowych, bo nie radziły sobie w strefie przygranicznej. Potrzeba też było ludzi z różnych służb, różnych formacji.
Na zdjęciu widzimy takich właśnie młodych ludzi- policjantów z posterunku w Nowomalinie. Wśród nich jest Jan Słójkowski. Gdy opublikowałam to zdjęcie w Internecie odezwały się do mnie dwie osoby, których przodkowie prawdopodobnie też są na nim- to Franciszek Ossowski i Alojzy Pawłowski
Wszyscy wydają się zadowoleni i dumni ze swej pracy. Spójrzmy jednak na podpis na odwrotnej stronie zdjęcia:
Jan przesyłając to zdjęcie rodzinie pisze: (...)ślę swoją podobiznę w otoczeniu kolegów, z którymi przeżywam wspólnie na Wołyniu pod granicą bolszewicką (…) Słowo „przeżywam” ma dla mnie głębsze znaczenie. Niesie ono rozpaczliwą treść: -Ledwo przeżywamy! Jest nam ciężko! Przeżywamy pomimo niebezpieczeństw!
Ktoś powie, że przesadzam- co mogło być niebezpiecznego w tej maleńkiej miejscowości?
Musimy więc wrócić do historii. Młode państwo polskie odbudowywało swą kulturę, miasta i wsie, przemysł i oświatę- wszystko. Było to trudne zadanie, a sytuacja społeczna i polityczna nie była łatwa. Granice ustaliły się dopiero w 1921 roku po traktacie ryskim. Według mnie nie było to mądre rozwiązanie. Przegrani sowieci stawiali warunki, a przedstawiciele polskiej endecji, wysłani przez Piłsudskiego (czemu oni? Przecież nie podzielali jego wizji ) zgodzili się na to- dlaczego?
Przecież Piłsudski był zwolennikiem federacji niepodległych państw. Tymczasem podzielono Białoruś i Ukrainę, ustanowiono sztywną granicę, która wprawdzie dawała Polsce część ziem tych krajów, ale jednocześnie budziła bunt i niepokoje społeczne Białorusinów i Ukraińców, którzy tam mieszkali. Nie dotrzymaliśmy sojuszy wojskowych.
Zamiast mieć sąsiadów sojuszników, z którymi mogłaby dobrze układać się współpraca zarówno obronna jak i gospodarcza to mieliśmy granicę z wrogimi sowietami i wrogów wewnętrznych.
Na Kresach Polski mieszkali Białorusini i Ukraińcy, którzy marzyli o własnym państwie. W dodatku częste tam też były wypady nadgraniczne bolszewików, którzy napadali na polskie wsie.
Oczywiście dawni obywatele Rzeczypospolitej Obojga Narodów zostali również po tamtej stronie granicy i byli poddawani brutalnej depolonizacji.
To wszystko to trudne do zrozumienia sprawy i powinni wypowiedzieć się historycy, a i oni do końca nie rozstrzygną wątpliwości co by było dla Polski lepsze.
Tak więc życie na Kresach, w regionach przygranicznych było o wiele cięższe niż w centralnej Polsce, a rola policji jeszcze trudniejsza. Dlatego Jan napisał: „przeżywamy”. A może w podtekście chciał powiedzieć jeszcze coś więcej?
Lekarstwem na samotność i trudy była dla niego Bronia. Poznał młodą, ładną dziewczynę, Kresowiankę– córkę leśniczego. Dała mu radość życia, czułość i rodzinną bliskość, której tak mu brakowało. Pobrali się w roku 1930. Wkrótce urodziła im się córka- Władzia, a po pięciu latach – Renia.
Nie wiem dokładnie czy Jan był komendantem tego posterunku – zdania w rodzinie są podzielone, ale to nie jest ważne. Miał pracę, którą polubił, dom, rodzinę i czuł się szczęśliwy.
W ich domu był dostatek. Bronia mogła pozwolić sobie na modne stroje, jedli dobrze, a nawet mieli służącą, opiekunkę do dzieci. Dom był duży, z ogrodem, dobrze wyposażony. W kącie pokoju stał radioodbiornik. W Nowomalinie ludzie tego jeszcze nie znali, a Jan miał taki jeszcze w Toruniu. Bronia śmiała się wspominając:
-Gdy sąsiad wszedł do pokoju, w którym nikogo nie było, a usłyszał głos z radia to najpierw się rozejrzał trwożliwie, a potem się przeżegnał przestraszony.
Sielanka rodzinna skończyła się gdy Jan zachorował. W sierpniu 1939 trafił do szpitala. Nie wiem czy był to szpital policyjny, wojskowy, czy zwykły. Prawdopodobnie mieścił się w Truskawcu, choć i to nie jest pewne.
Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie- jak w koszmarze. Wielka historia wkroczyła do każdej rodziny. 17 września ZSRR zaatakował Polskę od wschodu.
W Nowomalinie Bronia patrzyła ze zgrozą jak wszyscy policjanci z posterunku stanęli w rządku na baczność przyjmując zwierzchnictwo nowej władzy. Jana już wśród nich nie było, nie wrócił ze szpitala, a słuch o nim zaginął. Wiadomo tylko, że wszyscy polscy policjanci zostali zaaresztowani i wywiezieni do obozów.
Bronię zaalarmowała jednak sąsiadka -Ukrainka, która przyszła do niej nocą i kazała jak najszybciej uciekać. W tajemnicy ostrzegła Bronię, że rodziny policjantów przeznaczone były do wywózki na Syberię.
Bronia uciekała nocą przez las, z małymi dziećmi. Dobrzy ludzie poradzili jej dotarcie do Janowej Doliny – wzorcowego polskiego osiedla przy kopalni bazaltu. Tam zamieszkała z córkami przy budynku szkoły, dostała pracę sprzedawczyni w miejscowej spółdzielni. W ogródku hodowała piękne pomidory, a z przodu domu kwiaty.
Dostała jednak wiadomość o śmierci męża. Nie wiem jak to się stało, ale podobno został rozstrzelany. Niektórzy mówią, że cały szpital został zlikwidowany, a chorzy rozstrzelani. Być może było inaczej– od wielu lat próbuję się tego dowiedzieć.
Może ktoś mi pomoże? Może chociaż po mundurze, po dystynkcjach da się odszyfrować jego stopień? Może kroniki policyjne wspominają o posterunku w Nowomalinie?
Służba na Kresach przyniosła Janowi tylko kilka krótkich lat szczęścia. Choć kto wie jak by było gdyby żył... Bronia nieraz mówiła, że Jan miał szczęście, że zginął na początku wojny i nie musiał przechodzić przez kolejne okropności jakie przypadły w udziale jej i córkom.
Tu kończy się historia policjanta Jana z Kresów, ale dalej nie wyjaśniliśmy dlaczego pomnik kresowych policjantów na „drugim końcu świata” - we Wrocławiu? Zobaczmy więc co się dalej działo z rodziną tego policjanta.
Janowa Dolina to jednak nie był dobry wybór dla Broni.
23 kwietnia 1943 roku banda UPA napadła na tę wieś i brutalnie wymordowała większość mieszkańców. Bronia z dziećmi cudem ocalała, przetrwały rzeź. Nie będę tu wszystkiego opowiadać, bo losy Broni i jej córek to materiał na odrębną historię.
Powiem więc tylko w skrócie. Z Janowej Doliny trafiły do Kostopola, potem do Lwowa, następnie do Warszawy- ściągnęła je tam rodzina Jana i u nich się zatrzymały. Niestety to był zły wybór, bo wkrótce wybuchło Powstanie Warszawskie.
Znów zły wybór...ale kto mógł przewidzieć...
Powstanie Warszawskie rozdzieliło rodzinę na długo. Władzię powstanie zastało na Krakowskim Przedmieściu. Z dala od mamy i rodziny przetrwała piekło powstania, potem przetransportowano ją na wieś, gdzie Bronia w końcu odnalazła córkę Władzię.
Zamieszkały w Krakowie u siostry Broni. Nie było tam jednak warunków na wspólne mieszkanie dwóch rodzin.
Bronia zdecydowała się na samodzielność. Słyszała o ziemiach zachodnich gotowych do zasiedlenia. Wyruszyła w podróż, znalazła mieszkanie i pracę we Wrocławiu w hotelu Monopol i tu zostały. Poznała przystojnego kelnera, który po ślubie zaopiekował się nią i córkami. To był mój dziadek Zygmunt, którego znałam i kochałam.
Po wojnie przyznanie się, że mąż czy ojciec był przedwojennym policjantem było jak igranie z ogniem. Za bardziej błahe rzeczy było się przesłuchiwanym przez UB czy nawet szło do więzienia. Tak więc Władzia i Renia miały surowo przykazane nie przyznawać się do tego.
Oficjalnie w szkole podawały zawsze, że ich ojciec był urzędnikiem państwowym. I tylko tyle. Co za upokorzenie! Co za paradoks historii! Zamiast być dumnym z męża i ojca policjanta II RP, który był wówczas autorytetem i cieszył się zaufaniem i estymą wśród Polaków, musiały ukrywać jego zawód.
W dodatku temat pracy dziadka nawet w gronie znajomych czy rodziny zawsze był tematem tajnym, zakazanym nawet po wielu latach. Dlaczego? Babcia nie chciała mówić o szczegółach, jakby to była wielka tajemnica, która nie mogła jej przejść przez usta. A może Jan miał jeszcze tam jakąś inną funkcję do spełnienia? To już pozostanie zagadką.
Oprócz zdjęć i dokumentów pozostała z Kresów tylko jedna pamiątka:
Zwykła szczotka do ubrań z włosia i drewna. Babcia przekazała mi ją jako cenną pamiątkę.
Bronia zapewne codziennie czyściła tą szczotką mundur dziadka Jana. Dlaczego akurat jedynie ten przedmiot przetrwał tułaczkę?
Pytań i wątpliwości jest wiele i nie wiem czy kiedykolwiek uda się to rozwikłać
Nigdy nie zapomnieliśmy o Janie. Rytuałem rodzinnym stało się stawianie zniczy na cmentarzu pod krzyżem dla bezimiennych zmarłych. Bronia nauczyła córki modlić się za duszę ojca, a one nauczyły swoje dzieci, nas, pamięci o dziadku Janie.
Kiedyś, przy okazji wizyty na grobie Broni natrafiliśmy na pomnik policjantów.
Od tej pory cała rodzina zapala pod wrocławskim pomnikiem znicze, oddając hołd dziadkowi Janowi i jego zmarłym kolegom.
Jakie tajemnice skrywa ten niepozorny napis? Co oznacza ”miejsce złożenia”?

Odpowiedź może być krótka, choć nie dla wszystkich oczywista. Jednym z takich miejsc są Kresy Wschodnie. Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi już nie kojarzy Wrocławia, leżącego przecież na zachodzie Polski, z Kresami. Jednak tam znajdują się korzenie większości z Wrocławian.
Może tak być, że człowiek stojący przed pomnikiem za parę lat niewiele będzie wiedział o Kresach, o związkach Wrocławian z dawnymi ziemiami wschodnimi, a tym bardziej nic nie będzie potrafił powiedzieć o policji tamtych lat, w tamtym regionie. Ja jeszcze słyszałam to od rodziców, od dziadków, ale oni już nie żyją. Teraz to do nas należy przejąć pałeczkę historii, to my musimy przekazywać ją dalej.
Opowiem tu historię młodego człowieka, pełnego ambicji, nadziei, chęci budowania wspaniałej przyszłości. Opowiem też o losach jego rodziny. Być może po przeczytaniu tego tekstu nikt nie będzie dziwił się takim napisom pamiątkowym we Wrocławiu.
Przypomnijmy sobie historię. Okres między pierwszą a drugą wojną światową to II RP, odrodzone państwo polskie, powstałe na nowo po latach zaborów, państwo, które na nowo musi się zorganizować. Polacy cieszą się wolnością, tworzą od podstaw zręby nowej państwowości- nie bez trudności.
Jan Słójkowski, młody człowiek z centralnej Polski wybiera zawód, a właściwie służbę- zostaje policjantem. Wielu młodych ludzi czuło takie powołanie, chcieli służyć Polsce, chcieli bronić porządku i prawa. Jan był dumny ze swego wyboru, swą pracę chciał traktować jak misję, myślał o ideałach, a przy okazji czuł się tak wytwornie i dumnie w mundurze, na koniu.

Zaczął pracę od posterunku w Toruniu. Posada była dobrze płatna, miał mieszkanie i mógł zacząć myśleć o założeniu rodziny. Kraj się rozwijał i wszyscy patrzyli odważnie i z ufnością w przyszłość.
Niestety służba nie drużba! - Jan dostał przeniesienie służbowe na Kresy. Nie była to szczęśliwa nowina, czuł się jakby go wysłali na zesłanie. Dla Jana urodzonego w środku Polski wschodnie ziemie były obce i nieprzyjazne. Musiał zrezygnować z życia, które tak dobrze zaczęło się układać.
Nie on jeden był w takiej sytuacji. Kresy potrzebowały napływu sił porządkowych, bo nie radziły sobie w strefie przygranicznej. Potrzeba też było ludzi z różnych służb, różnych formacji.

Na zdjęciu widzimy takich właśnie młodych ludzi- policjantów z posterunku w Nowomalinie. Wśród nich jest Jan Słójkowski. Gdy opublikowałam to zdjęcie w Internecie odezwały się do mnie dwie osoby, których przodkowie prawdopodobnie też są na nim- to Franciszek Ossowski i Alojzy Pawłowski
Wszyscy wydają się zadowoleni i dumni ze swej pracy. Spójrzmy jednak na podpis na odwrotnej stronie zdjęcia:

Jan przesyłając to zdjęcie rodzinie pisze: (...)ślę swoją podobiznę w otoczeniu kolegów, z którymi przeżywam wspólnie na Wołyniu pod granicą bolszewicką (…) Słowo „przeżywam” ma dla mnie głębsze znaczenie. Niesie ono rozpaczliwą treść: -Ledwo przeżywamy! Jest nam ciężko! Przeżywamy pomimo niebezpieczeństw!
Ktoś powie, że przesadzam- co mogło być niebezpiecznego w tej maleńkiej miejscowości?
Musimy więc wrócić do historii. Młode państwo polskie odbudowywało swą kulturę, miasta i wsie, przemysł i oświatę- wszystko. Było to trudne zadanie, a sytuacja społeczna i polityczna nie była łatwa. Granice ustaliły się dopiero w 1921 roku po traktacie ryskim. Według mnie nie było to mądre rozwiązanie. Przegrani sowieci stawiali warunki, a przedstawiciele polskiej endecji, wysłani przez Piłsudskiego (czemu oni? Przecież nie podzielali jego wizji ) zgodzili się na to- dlaczego?
Przecież Piłsudski był zwolennikiem federacji niepodległych państw. Tymczasem podzielono Białoruś i Ukrainę, ustanowiono sztywną granicę, która wprawdzie dawała Polsce część ziem tych krajów, ale jednocześnie budziła bunt i niepokoje społeczne Białorusinów i Ukraińców, którzy tam mieszkali. Nie dotrzymaliśmy sojuszy wojskowych.
Zamiast mieć sąsiadów sojuszników, z którymi mogłaby dobrze układać się współpraca zarówno obronna jak i gospodarcza to mieliśmy granicę z wrogimi sowietami i wrogów wewnętrznych.
Na Kresach Polski mieszkali Białorusini i Ukraińcy, którzy marzyli o własnym państwie. W dodatku częste tam też były wypady nadgraniczne bolszewików, którzy napadali na polskie wsie.
Oczywiście dawni obywatele Rzeczypospolitej Obojga Narodów zostali również po tamtej stronie granicy i byli poddawani brutalnej depolonizacji.
To wszystko to trudne do zrozumienia sprawy i powinni wypowiedzieć się historycy, a i oni do końca nie rozstrzygną wątpliwości co by było dla Polski lepsze.
Tak więc życie na Kresach, w regionach przygranicznych było o wiele cięższe niż w centralnej Polsce, a rola policji jeszcze trudniejsza. Dlatego Jan napisał: „przeżywamy”. A może w podtekście chciał powiedzieć jeszcze coś więcej?
Lekarstwem na samotność i trudy była dla niego Bronia. Poznał młodą, ładną dziewczynę, Kresowiankę– córkę leśniczego. Dała mu radość życia, czułość i rodzinną bliskość, której tak mu brakowało. Pobrali się w roku 1930. Wkrótce urodziła im się córka- Władzia, a po pięciu latach – Renia.
Nie wiem dokładnie czy Jan był komendantem tego posterunku – zdania w rodzinie są podzielone, ale to nie jest ważne. Miał pracę, którą polubił, dom, rodzinę i czuł się szczęśliwy.

W ich domu był dostatek. Bronia mogła pozwolić sobie na modne stroje, jedli dobrze, a nawet mieli służącą, opiekunkę do dzieci. Dom był duży, z ogrodem, dobrze wyposażony. W kącie pokoju stał radioodbiornik. W Nowomalinie ludzie tego jeszcze nie znali, a Jan miał taki jeszcze w Toruniu. Bronia śmiała się wspominając:
-Gdy sąsiad wszedł do pokoju, w którym nikogo nie było, a usłyszał głos z radia to najpierw się rozejrzał trwożliwie, a potem się przeżegnał przestraszony.
Sielanka rodzinna skończyła się gdy Jan zachorował. W sierpniu 1939 trafił do szpitala. Nie wiem czy był to szpital policyjny, wojskowy, czy zwykły. Prawdopodobnie mieścił się w Truskawcu, choć i to nie jest pewne.
Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie- jak w koszmarze. Wielka historia wkroczyła do każdej rodziny. 17 września ZSRR zaatakował Polskę od wschodu.
W Nowomalinie Bronia patrzyła ze zgrozą jak wszyscy policjanci z posterunku stanęli w rządku na baczność przyjmując zwierzchnictwo nowej władzy. Jana już wśród nich nie było, nie wrócił ze szpitala, a słuch o nim zaginął. Wiadomo tylko, że wszyscy polscy policjanci zostali zaaresztowani i wywiezieni do obozów.
Bronię zaalarmowała jednak sąsiadka -Ukrainka, która przyszła do niej nocą i kazała jak najszybciej uciekać. W tajemnicy ostrzegła Bronię, że rodziny policjantów przeznaczone były do wywózki na Syberię.
Bronia uciekała nocą przez las, z małymi dziećmi. Dobrzy ludzie poradzili jej dotarcie do Janowej Doliny – wzorcowego polskiego osiedla przy kopalni bazaltu. Tam zamieszkała z córkami przy budynku szkoły, dostała pracę sprzedawczyni w miejscowej spółdzielni. W ogródku hodowała piękne pomidory, a z przodu domu kwiaty.
Dostała jednak wiadomość o śmierci męża. Nie wiem jak to się stało, ale podobno został rozstrzelany. Niektórzy mówią, że cały szpital został zlikwidowany, a chorzy rozstrzelani. Być może było inaczej– od wielu lat próbuję się tego dowiedzieć.
Może ktoś mi pomoże? Może chociaż po mundurze, po dystynkcjach da się odszyfrować jego stopień? Może kroniki policyjne wspominają o posterunku w Nowomalinie?
Służba na Kresach przyniosła Janowi tylko kilka krótkich lat szczęścia. Choć kto wie jak by było gdyby żył... Bronia nieraz mówiła, że Jan miał szczęście, że zginął na początku wojny i nie musiał przechodzić przez kolejne okropności jakie przypadły w udziale jej i córkom.
Tu kończy się historia policjanta Jana z Kresów, ale dalej nie wyjaśniliśmy dlaczego pomnik kresowych policjantów na „drugim końcu świata” - we Wrocławiu? Zobaczmy więc co się dalej działo z rodziną tego policjanta.
Janowa Dolina to jednak nie był dobry wybór dla Broni.
23 kwietnia 1943 roku banda UPA napadła na tę wieś i brutalnie wymordowała większość mieszkańców. Bronia z dziećmi cudem ocalała, przetrwały rzeź. Nie będę tu wszystkiego opowiadać, bo losy Broni i jej córek to materiał na odrębną historię.
Powiem więc tylko w skrócie. Z Janowej Doliny trafiły do Kostopola, potem do Lwowa, następnie do Warszawy- ściągnęła je tam rodzina Jana i u nich się zatrzymały. Niestety to był zły wybór, bo wkrótce wybuchło Powstanie Warszawskie.
Znów zły wybór...ale kto mógł przewidzieć...
Powstanie Warszawskie rozdzieliło rodzinę na długo. Władzię powstanie zastało na Krakowskim Przedmieściu. Z dala od mamy i rodziny przetrwała piekło powstania, potem przetransportowano ją na wieś, gdzie Bronia w końcu odnalazła córkę Władzię.
Zamieszkały w Krakowie u siostry Broni. Nie było tam jednak warunków na wspólne mieszkanie dwóch rodzin.
Bronia zdecydowała się na samodzielność. Słyszała o ziemiach zachodnich gotowych do zasiedlenia. Wyruszyła w podróż, znalazła mieszkanie i pracę we Wrocławiu w hotelu Monopol i tu zostały. Poznała przystojnego kelnera, który po ślubie zaopiekował się nią i córkami. To był mój dziadek Zygmunt, którego znałam i kochałam.
Po wojnie przyznanie się, że mąż czy ojciec był przedwojennym policjantem było jak igranie z ogniem. Za bardziej błahe rzeczy było się przesłuchiwanym przez UB czy nawet szło do więzienia. Tak więc Władzia i Renia miały surowo przykazane nie przyznawać się do tego.
Oficjalnie w szkole podawały zawsze, że ich ojciec był urzędnikiem państwowym. I tylko tyle. Co za upokorzenie! Co za paradoks historii! Zamiast być dumnym z męża i ojca policjanta II RP, który był wówczas autorytetem i cieszył się zaufaniem i estymą wśród Polaków, musiały ukrywać jego zawód.
W dodatku temat pracy dziadka nawet w gronie znajomych czy rodziny zawsze był tematem tajnym, zakazanym nawet po wielu latach. Dlaczego? Babcia nie chciała mówić o szczegółach, jakby to była wielka tajemnica, która nie mogła jej przejść przez usta. A może Jan miał jeszcze tam jakąś inną funkcję do spełnienia? To już pozostanie zagadką.
Oprócz zdjęć i dokumentów pozostała z Kresów tylko jedna pamiątka:

Zwykła szczotka do ubrań z włosia i drewna. Babcia przekazała mi ją jako cenną pamiątkę.
Bronia zapewne codziennie czyściła tą szczotką mundur dziadka Jana. Dlaczego akurat jedynie ten przedmiot przetrwał tułaczkę?
Pytań i wątpliwości jest wiele i nie wiem czy kiedykolwiek uda się to rozwikłać
Nigdy nie zapomnieliśmy o Janie. Rytuałem rodzinnym stało się stawianie zniczy na cmentarzu pod krzyżem dla bezimiennych zmarłych. Bronia nauczyła córki modlić się za duszę ojca, a one nauczyły swoje dzieci, nas, pamięci o dziadku Janie.
Kiedyś, przy okazji wizyty na grobie Broni natrafiliśmy na pomnik policjantów.
Od tej pory cała rodzina zapala pod wrocławskim pomnikiem znicze, oddając hołd dziadkowi Janowi i jego zmarłym kolegom.

Artykuł przeczytano 4850 razy